Nieuws vandaag

BĄKIEWICZ SKAZANY. CZY TO KONIEC „ŚWIĘTYCH KRÓW” PO PRAWEJ STRONIE?

Wyrok, który natychmiast odpalił polityczną burzę

Warszawa. Robert Bąkiewicz znów znalazł się w centrum ogólnopolskiej debaty. Tym razem nie z powodu marszu, baneru, ulicznego protestu czy kolejnej deklaracji o „obronie Polski”, lecz po decyzji sądu. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia uznał go za winnego spowodowania lekkiego uszczerbku na zdrowiu aktywistki Andżeliki Domańskiej i skazał na 10 miesięcy ograniczenia wolności w formie nieodpłatnych prac społecznych. Wyrok jest nieprawomocny.

To jedno zdanie wystarczyło, by polityczna temperatura natychmiast wzrosła. Dla jednych to dowód, że państwo prawa zaczyna działać także wobec ludzi, którzy przez lata czuli się nietykalni. Dla drugich — kolejny przykład rzekomych represji wobec środowisk patriotycznych.

Ale bez względu na polityczne barwy, jedno pytanie wraca dziś wyjątkowo mocno: czy biało-czerwone flagi, wielkie hasła i patriotyczna retoryka mogą przykrywać zwykłą odpowiedzialność za przemoc?

Co orzekł sąd?

Zgodnie z wyrokiem Bąkiewicz ma wykonywać 30 godzin nieodpłatnej, kontrolowanej pracy na cele społeczne miesięcznie przez 10 miesięcy. Sąd orzekł również obowiązek zapłaty 5 tysięcy złotych zadośćuczynienia na rzecz oskarżycielki prywatnej.

Sprawa dotyczyła wydarzeń z 25 października 2020 roku przy kościele św. Krzyża w Warszawie, w czasie protestów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Według relacji oskarżycielki Bąkiewicz miał ją popchnąć na schodach, po czym kobieta upadła, uderzyła się i straciła przytomność.

Bąkiewicz nie przyznał się do winy, a jego obrońcy domagali się uniewinnienia. Oskarżycielka prywatna domagała się surowszej kary — dwóch lat bezwzględnego więzienia oraz 20 tysięcy złotych zadośćuczynienia.

Patriotyczny wizerunek kontra sądowa rzeczywistość

Robert Bąkiewicz przez lata budował swój publiczny wizerunek na haśle obrony narodu, wiary, tradycji i polskości. Marsze, flagi, podniosłe przemówienia, mocne słowa o ojczyźnie — wszystko to tworzyło obraz człowieka, który sam siebie i swoje środowisko przedstawiał jako ostatnią linię obrony przed „chaosem”, „lewactwem” i „atakami na Polskę”.

Ale wyrok sądu burzy tę starannie budowaną scenografię.

Bo jeśli ktoś przez lata mówi o wartościach, porządku i bezpieczeństwie, a sąd uznaje go za winnego naruszenia zdrowia aktywistki, pytanie o wiarygodność staje się nieuniknione. Czy patriotyzm oznacza odpowiedzialność i szacunek do prawa? Czy może stał się wygodnym transparentem, którym można zasłonić agresję, gdy ta służy „naszej sprawie”?

Rząd Tuska dostaje mocny symbol

Dla obozu Donalda Tuska ta sprawa może być politycznie bardzo wygodna. Rząd od miesięcy powtarza, że państwo prawa ma wrócić, a ludzie powiązani z dawnym układem politycznym, środowiskami radykalnymi czy uliczną presją nie mogą być traktowani jak „święte krowy”.

Wyrok w sprawie Bąkiewicza idealnie wpisuje się w tę opowieść. Nie dlatego, że wydał go rząd — sąd jest niezależną instytucją — ale dlatego, że politycznie można go pokazać jako część szerszego procesu: koniec czasów, w których głośne hasła patriotyczne miały działać jak immunitet moralny.

Narracja Tuska może być prosta: nie ma znaczenia, czy ktoś maszeruje z flagą, występuje w telewizji, krzyczy o narodzie czy przedstawia się jako obrońca Polski. Jeśli narusza prawo, musi odpowiedzieć.

Prawica powie: represje

Oczywiście prawica nie odda tej narracji bez walki. Można się spodziewać, że część środowisk będzie przedstawiała Bąkiewicza jako ofiarę politycznej zemsty, człowieka ściganego za patriotyzm i obronę kościołów w czasie protestów Strajku Kobiet.

Ten przekaz będzie brzmiał znajomo: „represje”, „polowanie”, „system Tuska”, „atak na patriotów”. To język, który od miesięcy pojawia się przy kolejnych sprawach dotyczących polityków i aktywistów związanych z prawicą.

Problem dla tej narracji jest jednak oczywisty: w tej sprawie nie chodziło o samo machanie flagą, poglądy ani hasła. Chodziło o konkretne zdarzenie, prywatne oskarżenie, postępowanie sądowe i wyrok — choć nadal nieprawomocny.

Czy hasła mogą przykryć przemoc?

Najważniejszy wymiar tej historii jest moralny, nie tylko polityczny. Bo Polska od lat żyje w stanie permanentnej wojny symboli. Jedni mówią o obronie kościołów. Drudzy o prawie do protestu. Jedni o patriotyzmie. Drudzy o przemocy ulicznych środowisk.

Ale gdzieś pod tym wszystkim jest prostsza zasada: człowiek nie powinien być bezkarny tylko dlatego, że stoi po „właściwej” stronie politycznego sporu.

Jeśli ktoś popełnia czyn zabroniony, jego poglądy nie mogą być tarczą. Jeśli ktoś narusza czyjeś zdrowie, nie wystarczy powiedzieć: „robiłem to w obronie wartości”. Państwo prawa zaczyna się właśnie tam, gdzie kończą się partyjne usprawiedliwienia.

Bąkiewicz jako problem dla prawicy

Dla prawicy Bąkiewicz jest postacią kłopotliwą. Dla twardego elektoratu może być symbolem bezkompromisowej walki. Dla wyborców centrum — często symbolem hałasu, radykalizacji i ulicznego teatru.

Wyrok sądu jeszcze mocniej pogłębia ten problem. Bo trudno budować przekaz o odpowiedzialnej alternatywie dla rządu Tuska, jeśli jednocześnie twarzą ulicznej mobilizacji staje się człowiek skazany — choć nieprawomocnie — za naruszenie zdrowia aktywistki.

To daje przeciwnikom prawicy potężną amunicję. Mogą pytać: czy tak wygląda „obrona Polski”? Czy patriotyczne hasła mają teraz przykrywać ręce wypychające przeciwników ze schodów? Czy państwo ma klękać przed każdym, kto owija agresję w narodowe barwy?

Nieprawomocny wyrok, ale polityczny efekt już jest

Trzeba podkreślić jeszcze raz: wyrok nie jest prawomocny. Bąkiewicz i jego obrona mogą się odwołać, a sprawa może trafić do sądu drugiej instancji. To oznacza, że prawny finał jeszcze nie nastąpił.

Ale polityczny efekt już się wydarzył. W przestrzeni publicznej pojawił się obraz: lider środowisk narodowych, wieloletni organizator marszów i protestów, zostaje uznany przez sąd za winnego w sprawie naruszenia zdrowia aktywistki.

Tego obrazu nie da się łatwo wymazać. Nawet jeśli obrona będzie mówić o odwołaniu, nawet jeśli prawicowe media będą krzyczeć o represjach, przeciwnicy Bąkiewicza dostali bardzo mocny argument.

Finał: koniec bezkarności czy kolejna wojna narracji?

Sprawa Roberta Bąkiewicza będzie teraz żyła dwoma życiami. W sądzie — jako postępowanie, które może mieć dalszy ciąg. W polityce — jako symbol.

Dla obozu Tuska symbol jest jasny: państwo prawa wraca, a patriotyczne hasła nie są przepustką do bezkarności. Dla prawicy symbol będzie odwrotny: ich człowiek został ukarany przez system, który ma ścigać „patriotów”, a nie prawdziwych winnych.

Ale najważniejsze pytanie brzmi prościej:

Czy w Polsce wreszcie kończy się czas ludzi, którzy uważali, że wystarczy krzyczeć o ojczyźnie, by uniknąć odpowiedzialności?

Jeśli wyrok się utrzyma, odpowiedź może być dla wielu bardzo niewygodna.

Bo państwo prawa nie pyta, jaką flagę trzymasz w ręku.

Pyta, co zrobiłeś drugiemu człowiekowi.

LEAVE A RESPONSE

Your email address will not be published. Required fields are marked *